Praca w Anglii

Zwiastowane przez Donalda Tuska cuda jakoś nie ziszczają się. Gospodarka zamiast rozwijać się zwija się. Zapowiadane tłumy powracających, dla których praca w Anglii i innych krajach starej Unii, stanowiły jedyną możliwość rozwoju zawodowego i znalezienia zatrudnienia, jakoś nie są widoczne na naszym terenie. Z pozostałych obietnic nie zostało prawie nic – poza hasłem: aby nam się żyło lepiej.

Z naciskiem na słowo NAM, dotyczące wypowiadających te słowa. Albowiem reszta społeczeństwa traktowana jest jako siła robocza, mająca dostarczyć jedynie środków na utrzymanie rozbuchanej administracji, sowicie opłacanej z naszych podatków. Wyjazdy za chlebem wcale nie ustały, wyemigrowali przeważnie fachowcy związani z branżą budowlaną, spawacze oraz robotnicy pokrewnych zawodów. Efektem tego są zwyżki cen za usługi budowlane, gwałtowny wzrost cen mieszkań. Ale cóż, rządzący zarabiający krocie, mogą sobie zawsze pozwolić na kupno rezydencji, reszta społeczeństwa to dla nich motłoch, któremu coś się obieca zapętli w głowach okrągłymi słówkami – byleby zagłosowali na Partię Miłości, która powinna zmienić nazwę na Partię Cukierników – od kręcenia lodów. A zdaje się, że to dopiero początek recesji, wbrew zaklęciom rządu. Bezrobocie będzie się pogłębiać, już wiele zakładów rozpoczęło grupowe zwolnienia pracowników. Wniosek jest następujący – zamiast powrotu, nasilą się wyjazdy do pracy za granicą, a w kraju pozostaną mało operatywni i rodzinnie związani z Ojczyzną wyrobnicy.